Patrzyłam się na nich obojętnym wzrokiem. Po chwili przerzuciłam spojrzenie na nóż leżący pod moimi nogami. Powoli schyliłam się po niego. Ostrożnie wzięłam go w rękę. Podniosłam się do pionu i zaczęłam uważnie studiować jego strukturę. Nagle podjęłam decyzję. Nikt nie zwracał aktualnie na mnie uwagi. Ustawiłam się i rzuciłam nożem. Było to bardzo precyzyjne. Ostrze przeleciało dosłownie kilka milimetrów od głowy tamtego chłopaka i wbiło się w ścianę. Wszyscy momentalnie zwrócili wzrok w moją stronę. Ja jedynie zaśmiałam się szyderczo. Szczególnie widząc zdezorientowaną minę tamtego intruza. Powolnym krokiem podeszłam do John'a. Czułam na sobie spojrzenia całej zebranej grupki. Przydepnęłam dłoń mojego "chłopaka". Ten zawył z bólu.
- Zrywam z tobą. Jesteś żałosny. W sumie to dobrze. I tak miałam zamiar to zrobić - warknęłam i splunęłam na chłopaka, wypuszczając jego rękę, którą od razu przycisnął do swego ciała. - I zapamiętaj to sobie. Do jutra chcę widzieć mój alkohol i papierosy. Jak nie do gorzko tego pożałujesz - dodałam, uśmiechając się złośliwie.
John jedynie gorączkowo pokiwał głową, co oznaczało, że na pewno nie zapomni. Odwróciłam się do reszty jego bandy. Patrzyli na mnie niepewnie.
- A wy co się tak lampicie?! Zbierajcie tego idiotę z ziemi i wypie*dalać! - niemalże krzyknęłam.
Podeszłam do drzwi i mocnym szarpnięciem otworzyłam je na oścież. Ci momentalnie zebrali z ziemi swego kumpla i jak najszybciej potrafili wyszli z pomieszczenia. Jednak tamten chłopak nadal stał w środku, a z jego ran powoli sączyło się coraz więcej krwi.
- A ty na co czekać?! Powiedziałam wypad! To ciebie też się dotyczyło. Nie mam najmniejszego zamiaru tłumaczyć się potem woźnemu czemu znajduje się tu mnóstwo krwi. I tak już ma co chwilę do nas wąty - warknęłam.
Intruz jedynie na mnie spojrzał, ale nadal się nie ruszył.
- Ja pierdzielę... - mruknęłam pod nosem.
Szybkim krokiem podeszłam do chłopaka. Chwyciłam mocno jego ramię i z całej siły wypchnęłam go z sali.
- Chyba wiesz gdzie jest skrzydło szpitalne... No chyba, że trzeba cię za rączkę poprowadzić! - krzyknęłam i mocno trzasnęłam mu drzwiami przed nosem.
Wzięłam głęboki wdech i powoli wypuściłam powietrze. Powtórzyłam tą czynność jeszcze kilka razy. Po kilku długich minutach byłam już w miarę spokojna. Spojrzałam na chłopaków z zespołu. Nadal nie spuszczali ze mnie wzroku.
- Dobra. To chyba tyle by było z naszej próby. Ogarnijmy sprzęt i idźmy już - westchnęłam i od razu chwyciłam moją gitarę w rękę.
Schowałam ją do futerału. Zapiski nowej piosenki schowałam do teczki, w której trzymałam wszystkie dotychczas napisane piosenki. Po kilkunastu minutach sala wyglądała nawet w miarę okej. Spojrzałam na nóż, który nadal był wbity w ścianę. Podeszłam do niego. Jednym, sprawnym ruchem wyciągnęłam go. Przejechałam po nim palcem wskazującym. Po chwili schowałam go do torby, którą miałam ze sobą. Jeszcze może mi się przydać. W końcu powolnym krokiem wyszłam z sali. Za mną zrobili to także chłopaki z zespołu. Zamknęłam drzwi na klucz i schowałam go. Ruszyłam przed siebie z dumnie podniesioną głową, a każdej osobie jaką napotkałam na drodze wysyłałam zimne spojrzenia...
<Beck?>
sobota, 6 sierpnia 2016
Od Erin CD Xavier'a
Cztery dni? Nie mogłam zbytnio w to uwierzyć, ale po co chłopak miał mnie okłamywać? Zapewne musiałam mocno uderzyć się w głowę.
Szedł w kierunku drzwi. Patrzyłam jak wychodzi i je zamyka za sobą. Położyłam się na łóżku i patrzyłam się w sufit. Próbowałam wyobrazić sobie całe zajście tamtego dnia, gdy to pani Hooch postanowiła sprawdzić nasze umiejętności i zorganizowała wyścig. Dopiero gdy zamknęłam oczy, mogłam sobie przypomnieć jak to wylądowałam na murze, uderzając głową o kamienie.Do tego w głowie pojawiło mi się echo tego parszywego śmiechu. Należał on do rudej małpy, Elain'y Crootch. Nienawidziła mnie równie dobrze jak reszta dziewczyn i oczywiście nie mogła się powstrzymać, przed spowodowaniem mojej czterodniowej śpiączki. Wrdna su*a.
Leżałam na łóżku z zamkniętymi oczami, jednak nie mogłam zasnąć. Nie zmieniałam pozycji, aż do przyjścia pielęgniarki. Nazywała się ona Poppy. Było to dla mnie zabawne imię.Nazwisko zaś brzmiało Pomfrey. Muszę przyznać, że te człony pasowały do siebie idealnie i wspaniale oddawały charakter tej kobiety - miła, pomocna, współczująca, szczera. W tej chwili tylko te cztery cechy potrafiłam sobie wymienić w głowie, gdy ją zobaczyłam. Podała mi tacę ze śniadaniem, a gdy napełniłam swój brzuch, kobieta wytłumaczyła mi parę spraw. Otóż w rzeczywistości leżałam cztery dni, doznałam lekkiego wstrząsu, ale na niczym złym się nie zakończyło. Jedynie będę musiała smarować głowę i ją bandażować, aby guzy, siniaki, jak sam ból, jak najszybciej mi minął. Od pani Hooch dostałam pozwolenie na nie branie udziału w kilku lekcjach, aż do całkowitego wyzdrowienia. Miotła oczywiście się połamała, uderzając o jakieś kamienie, a następnie wpadając do jeziora. Zaraz po tych informacjach, jak i ogólnym zbadaniu, mogłam wyjść z pomieszczenia. Było wtedy już południe, dwie godziny przed obiadem.
Te dwie godziny spędziłam w swoim pokoju, gdy reszta kończyła lekcję. Po drodze spotkałam paru uczniów, którzy patrzyli na mnie dziwnie, albo jak na głupią, albo jakbym była jakimś potworem. Ravenclaw, czwarty rok, oczywiście śmiał się na mój widok. Grupa dziewczyn stojąca pod drzewem, jak i kilku chłopaków opierających się o ścianę. Ominęłam ich wszystkich w ciszy, bez większych słów, chociaż korciło mnie, aby rzucić na nich jakieś zaklęcie, z którego by się zwijali z bólu. Ale nie mogłam, to było zakazane.
Wzięłam prysznic i się przebrałam. Ułożyłam się wygodnie na łóżku, a gdy poczułam ten miękki materiał i delikatną tkaninę, poczułam zmęczenie. Nastawiła budzik, który miał mnie obudzić na obiad. Położyłam go pod poduszkę, po czym głowę opadłam na niej, przykryłam tylko nogi kołdrą i zamknęłam oczy. Zasnęłam praktycznie od razu, po paru sekundach.
Śniła mi się powtórka tego dnia, w którym wylądowałam na moście i straciłam przytomność. Jednak tym razem bardzo dokładnie widziałam ten jej małpi ryj, z rudymi kłakami. W głowie słyszałam jej śmiech i znowu poczułam ten intensywny ból głowy, jakby czarny koń przebiegł przez korytarze mojego umysłu, stukając kopytami o metalową podłogę. Obudziłam się odczuwając ogromny ból, a budzik, który włączył się po dwóch sekundach, tylko go nasilił. Wyłączyłam szybko tą okropną melodię, po czym postawiłam nogi na ziemi i załapałam się za głowę. Zacisnęłam zęby i oczy, by po kilku minutach wstać i wziąć tabletkę na głowę. Samo wstanie i uspokojenie się po śnie sprawiło, że ból nieco zmalał. Tak czy siak nie zważając na niego, musiałam się pojawić na obiedzie. Inaczej bym się zagłodziła na śmierć, a nie mam zamiaru sprawiać tym nikomu radości. Nikomu. A tym bardziej mojej klasie.
Ubrałam buty i się uczesałam. Obmyłam twarz zimną wodą, po czym zaczęłam schodzić do sali obiadowej. Gdy tylko wyszłam z pokoju, poczułam ten wspaniały zapach przyrządzonych dań. Pieczone ziemniaki, smażone mięso... praktycznie na stołach było wszystko co było możliwe. I dobrze. Gdy tylko weszłam przez ogromne wrota, nikt nie zwrócił na mnie uwagi, nie licząc tylko tych pojedynczych wzroków. Rozejrzałam się w poszukiwaniu miejsca dla siebie. Niestety wszystko było zajęte, nawet w miejscach, gdzie gdyby się osoba podsunęła starczyłoby miejsca jeszcze dla dwóch. Wzrokiem udało mi się odnaleźć jedną szparę, przy tym chłopaku, który przyszedł do szpitala dziś rano. Podeszłam do niego, z wielką nadzieją.
- Mogę tu usiąść?
<Xavier?>
Szedł w kierunku drzwi. Patrzyłam jak wychodzi i je zamyka za sobą. Położyłam się na łóżku i patrzyłam się w sufit. Próbowałam wyobrazić sobie całe zajście tamtego dnia, gdy to pani Hooch postanowiła sprawdzić nasze umiejętności i zorganizowała wyścig. Dopiero gdy zamknęłam oczy, mogłam sobie przypomnieć jak to wylądowałam na murze, uderzając głową o kamienie.Do tego w głowie pojawiło mi się echo tego parszywego śmiechu. Należał on do rudej małpy, Elain'y Crootch. Nienawidziła mnie równie dobrze jak reszta dziewczyn i oczywiście nie mogła się powstrzymać, przed spowodowaniem mojej czterodniowej śpiączki. Wrdna su*a.
Leżałam na łóżku z zamkniętymi oczami, jednak nie mogłam zasnąć. Nie zmieniałam pozycji, aż do przyjścia pielęgniarki. Nazywała się ona Poppy. Było to dla mnie zabawne imię.Nazwisko zaś brzmiało Pomfrey. Muszę przyznać, że te człony pasowały do siebie idealnie i wspaniale oddawały charakter tej kobiety - miła, pomocna, współczująca, szczera. W tej chwili tylko te cztery cechy potrafiłam sobie wymienić w głowie, gdy ją zobaczyłam. Podała mi tacę ze śniadaniem, a gdy napełniłam swój brzuch, kobieta wytłumaczyła mi parę spraw. Otóż w rzeczywistości leżałam cztery dni, doznałam lekkiego wstrząsu, ale na niczym złym się nie zakończyło. Jedynie będę musiała smarować głowę i ją bandażować, aby guzy, siniaki, jak sam ból, jak najszybciej mi minął. Od pani Hooch dostałam pozwolenie na nie branie udziału w kilku lekcjach, aż do całkowitego wyzdrowienia. Miotła oczywiście się połamała, uderzając o jakieś kamienie, a następnie wpadając do jeziora. Zaraz po tych informacjach, jak i ogólnym zbadaniu, mogłam wyjść z pomieszczenia. Było wtedy już południe, dwie godziny przed obiadem.
Te dwie godziny spędziłam w swoim pokoju, gdy reszta kończyła lekcję. Po drodze spotkałam paru uczniów, którzy patrzyli na mnie dziwnie, albo jak na głupią, albo jakbym była jakimś potworem. Ravenclaw, czwarty rok, oczywiście śmiał się na mój widok. Grupa dziewczyn stojąca pod drzewem, jak i kilku chłopaków opierających się o ścianę. Ominęłam ich wszystkich w ciszy, bez większych słów, chociaż korciło mnie, aby rzucić na nich jakieś zaklęcie, z którego by się zwijali z bólu. Ale nie mogłam, to było zakazane.
Wzięłam prysznic i się przebrałam. Ułożyłam się wygodnie na łóżku, a gdy poczułam ten miękki materiał i delikatną tkaninę, poczułam zmęczenie. Nastawiła budzik, który miał mnie obudzić na obiad. Położyłam go pod poduszkę, po czym głowę opadłam na niej, przykryłam tylko nogi kołdrą i zamknęłam oczy. Zasnęłam praktycznie od razu, po paru sekundach.
Śniła mi się powtórka tego dnia, w którym wylądowałam na moście i straciłam przytomność. Jednak tym razem bardzo dokładnie widziałam ten jej małpi ryj, z rudymi kłakami. W głowie słyszałam jej śmiech i znowu poczułam ten intensywny ból głowy, jakby czarny koń przebiegł przez korytarze mojego umysłu, stukając kopytami o metalową podłogę. Obudziłam się odczuwając ogromny ból, a budzik, który włączył się po dwóch sekundach, tylko go nasilił. Wyłączyłam szybko tą okropną melodię, po czym postawiłam nogi na ziemi i załapałam się za głowę. Zacisnęłam zęby i oczy, by po kilku minutach wstać i wziąć tabletkę na głowę. Samo wstanie i uspokojenie się po śnie sprawiło, że ból nieco zmalał. Tak czy siak nie zważając na niego, musiałam się pojawić na obiedzie. Inaczej bym się zagłodziła na śmierć, a nie mam zamiaru sprawiać tym nikomu radości. Nikomu. A tym bardziej mojej klasie.
Ubrałam buty i się uczesałam. Obmyłam twarz zimną wodą, po czym zaczęłam schodzić do sali obiadowej. Gdy tylko wyszłam z pokoju, poczułam ten wspaniały zapach przyrządzonych dań. Pieczone ziemniaki, smażone mięso... praktycznie na stołach było wszystko co było możliwe. I dobrze. Gdy tylko weszłam przez ogromne wrota, nikt nie zwrócił na mnie uwagi, nie licząc tylko tych pojedynczych wzroków. Rozejrzałam się w poszukiwaniu miejsca dla siebie. Niestety wszystko było zajęte, nawet w miejscach, gdzie gdyby się osoba podsunęła starczyłoby miejsca jeszcze dla dwóch. Wzrokiem udało mi się odnaleźć jedną szparę, przy tym chłopaku, który przyszedł do szpitala dziś rano. Podeszłam do niego, z wielką nadzieją.
- Mogę tu usiąść?
<Xavier?>
piątek, 5 sierpnia 2016
Od Aris CD Pasco
Dziewczyna chwilę nasłuchiwała czy woźny już się oddalił, po czym odsunęła się od chłopaka i obdarzyła go chłodnym spojrzeniem, po czym wzruszyła ramionami. Nie miała najmniejszego zamiaru dopytywać nieznajomego co tu robił, a już tym bardziej nie była skłonna mu się spowiadać. Po prostu odwróciła się od niego i odeszła.
Postanowiła posnuć się jeszcze po opustoszałych korytarzach. Nie wiedziała dokąd poniosą ją nogi, ale poddała się temu i nie kontrolowała gdzie idzie.
- Aris! - donośny głos odbił się echem od ścian korytarza.
Blondynka odwróciła się tylko i zobaczyła opiekuna swojego domu, Neville'a Longbottom'a, nauczyciela zielarstwa. Mężczyzna był ubrany jak do podróży, a włosy miał potargane.
- To już trzeci raz w tym tygodniu, do dyrektora - powiedział słabym głosem.
Blondynka w tym momencie mogła mu jeszcze uciec, ale nie zrobiła tego, po prostu poddając się karze. Poszła za nauczycielem, którego po chwili wyprzedziła, energia rozpierała ją od środka, a drogę do dyrektora dobrze znała. Była tam zbyt wiele razy, by nie nauczyć się jej na pamięć. Po kilku minutach marszu stali już pod drzwiami gabinetu. Profesor Longbottom zakołatał w drzwi.
- Proszę - z pomieszczenia wydobył się głos.
Weszli do środka. Aris od razu zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Od początku gabinet ją fascynował, odkąd pierwszy raz tu trafiła. Wszędzie coś stukało i pukało, z szafek wydobywały się obłoczki kolorowego dymu. Dziewczynę zawsze intrygowały te dziwne przyrządy. Intrygowała ją również postać dyrektora.
Dlaczego nigdy nie śpisz? - pytała się w myślach, za każdym razem.
- Och, to ponownie ty, Aris -stwierdził przyjacielsko dyrektor, tak jakby dziewczyna przybywała do niego co jakiś czas na herbatkę. - Usiądziesz? - wskazał jej krzesło.
I tak by nie usiadła i dyrektor dobrze o tym wiedział. Jednak zanim ktokolwiek zdążył zrobić cokolwiek, drzwi ponownie się otworzyły i wpadł Filch w towarzystwie jakiegoś chłopaka.
Pasco?
Postanowiła posnuć się jeszcze po opustoszałych korytarzach. Nie wiedziała dokąd poniosą ją nogi, ale poddała się temu i nie kontrolowała gdzie idzie.
- Aris! - donośny głos odbił się echem od ścian korytarza.
Blondynka odwróciła się tylko i zobaczyła opiekuna swojego domu, Neville'a Longbottom'a, nauczyciela zielarstwa. Mężczyzna był ubrany jak do podróży, a włosy miał potargane.
- To już trzeci raz w tym tygodniu, do dyrektora - powiedział słabym głosem.
Blondynka w tym momencie mogła mu jeszcze uciec, ale nie zrobiła tego, po prostu poddając się karze. Poszła za nauczycielem, którego po chwili wyprzedziła, energia rozpierała ją od środka, a drogę do dyrektora dobrze znała. Była tam zbyt wiele razy, by nie nauczyć się jej na pamięć. Po kilku minutach marszu stali już pod drzwiami gabinetu. Profesor Longbottom zakołatał w drzwi.
- Proszę - z pomieszczenia wydobył się głos.
Weszli do środka. Aris od razu zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Od początku gabinet ją fascynował, odkąd pierwszy raz tu trafiła. Wszędzie coś stukało i pukało, z szafek wydobywały się obłoczki kolorowego dymu. Dziewczynę zawsze intrygowały te dziwne przyrządy. Intrygowała ją również postać dyrektora.
Dlaczego nigdy nie śpisz? - pytała się w myślach, za każdym razem.
- Och, to ponownie ty, Aris -stwierdził przyjacielsko dyrektor, tak jakby dziewczyna przybywała do niego co jakiś czas na herbatkę. - Usiądziesz? - wskazał jej krzesło.
I tak by nie usiadła i dyrektor dobrze o tym wiedział. Jednak zanim ktokolwiek zdążył zrobić cokolwiek, drzwi ponownie się otworzyły i wpadł Filch w towarzystwie jakiegoś chłopaka.
Pasco?
Od Christiana CD Erin
Spojrzałem jej w oczy, była cała zaczerwieniona co wywołało
na mojej twarzy uśmiech. Podszedłem do niej i zdjąłem jej bieliznę z głowy,
otuliłem ją bardziej szlafrokiem i podniosłem jej czarny koronkowy stanik
trzymając za jedno ramiączko.
- Trafiłaś w mój gust księżniczko – szepnąłem, a jej rumieńce przeniosły się także na szyje i dalej co wywołało u mnie jęk na skojarzenia. Ciekawe co tam chowa za tym cieniutkim materiałem.
- Wiesz kto mógł by to zrobić? – zapytałem, a ona przez chwilę zamyśliła się, a jej rumieńce zaczynały powoli schodzić.
- Możliwe, że przyjaciele Cartera – powiedziała nieśmiało, a ja uśmiechnąłem się lekko i złapałem jej podbródek w palce.
- Dziękuje za podpowiedź… pozbieraj swoje ubrania, a ja coś załatwię – rzekłem i pocałowałem jej policzek na co znów się zarumieniła i zadrżała pod wpływem dotyku. Albo tak na nią wpływam albo nie lubi dotyku tak jak moja Katfrin. Szybko ruszyłem w kierunku pokoi Hufflepuffu by porozmawiać z Carterem. Znałem hasła do każdego z domów przed długie lata siedzenia i nudzenia się w tej szkolę. Wszedłem do jego pokoju i jednym zwinnym ruchem obudziłem go. Usiadłem na jego łóżku które akurat teraz było wolne, chłopak leżał na podłodze i przeklinał.
- Kim u*wa jesteś? – zapytał, a ja przyjrzałem się mu z góry.
- Zacznijmy od tego iż to nie jest twoje największe zmartwienie, czemu dręczycie młodsze? I czemu je dotykasz skoro nie chcę? – zapytałem, a on podniósł się i spojrzał na mnie.
- Wszystkie chcą bym je dotykał… chyba, że chodzi ci o tą Erin…- powiedział, skinąłem głową mając nadzieje, że to ta dziewczyna.
- Masz jej nie dotykać i jeśli zobaczę, że coś jej zrobiłeś to pożałujesz całego życia – powiedziałem i wstałem z jego łóżka.
- Wiem kim jesteś ale to nie oznacz, że będę się ciebie słuchał – rzekł i także wstał jednak z podłogi. Położyłem dłoń na jego ramieniu i klepnąłem go kilka razy, potem przeniosłem dłoń na jego szyje i docisnąłem go do ściany.
- Drogi przyjacielu będziesz robił co ci każe – uśmiechnęłam się i jeszcze chwilę go poddusiłem następnie puściłem, a ten opadł na podłogę z jękiem.
- Dobrze… - wydusił z siebie, a ja uśmiechnąłem się i ruszyłem w stronę drzwi by wyjść.
- Trafiłaś w mój gust księżniczko – szepnąłem, a jej rumieńce przeniosły się także na szyje i dalej co wywołało u mnie jęk na skojarzenia. Ciekawe co tam chowa za tym cieniutkim materiałem.
- Wiesz kto mógł by to zrobić? – zapytałem, a ona przez chwilę zamyśliła się, a jej rumieńce zaczynały powoli schodzić.
- Możliwe, że przyjaciele Cartera – powiedziała nieśmiało, a ja uśmiechnąłem się lekko i złapałem jej podbródek w palce.
- Dziękuje za podpowiedź… pozbieraj swoje ubrania, a ja coś załatwię – rzekłem i pocałowałem jej policzek na co znów się zarumieniła i zadrżała pod wpływem dotyku. Albo tak na nią wpływam albo nie lubi dotyku tak jak moja Katfrin. Szybko ruszyłem w kierunku pokoi Hufflepuffu by porozmawiać z Carterem. Znałem hasła do każdego z domów przed długie lata siedzenia i nudzenia się w tej szkolę. Wszedłem do jego pokoju i jednym zwinnym ruchem obudziłem go. Usiadłem na jego łóżku które akurat teraz było wolne, chłopak leżał na podłodze i przeklinał.
- Kim u*wa jesteś? – zapytał, a ja przyjrzałem się mu z góry.
- Zacznijmy od tego iż to nie jest twoje największe zmartwienie, czemu dręczycie młodsze? I czemu je dotykasz skoro nie chcę? – zapytałem, a on podniósł się i spojrzał na mnie.
- Wszystkie chcą bym je dotykał… chyba, że chodzi ci o tą Erin…- powiedział, skinąłem głową mając nadzieje, że to ta dziewczyna.
- Masz jej nie dotykać i jeśli zobaczę, że coś jej zrobiłeś to pożałujesz całego życia – powiedziałem i wstałem z jego łóżka.
- Wiem kim jesteś ale to nie oznacz, że będę się ciebie słuchał – rzekł i także wstał jednak z podłogi. Położyłem dłoń na jego ramieniu i klepnąłem go kilka razy, potem przeniosłem dłoń na jego szyje i docisnąłem go do ściany.
- Drogi przyjacielu będziesz robił co ci każe – uśmiechnęłam się i jeszcze chwilę go poddusiłem następnie puściłem, a ten opadł na podłogę z jękiem.
- Dobrze… - wydusił z siebie, a ja uśmiechnąłem się i ruszyłem w stronę drzwi by wyjść.
~*~*~*~*~*~*~
Słońce świeciło na moje oczy więc musiałem wstać gdyż nie
mogłem wytrzymać. Jęknęłam cicho patrząc na swoje łóżko, chciałem sobie jeszcze
pospać ale nie mogę znów zawalić roku szkolnego. Poszedłem do łazienki i szybko
wziąłem prysznic, następnie wytarłem się i ubrałem. Umyłem zęby i ułożyłem
włosy w artystyczny nie ład. Uśmiechnąłem się i wyszedłem z pokoju, na
korytarzu minąłem Cartera który już czaił się na Erin, spiorunowałem go
wzrokiem, a ten szybko odszedł. Podszedłem do dziewczyny od tyłu i zasłoniłem
jej oczy dłońmi, jej ciało było przy moim co mnie ucieszyło.
- Dzień dobry księżniczko. Jak się spało? – zapytałem i odsłoniłem jej oczy. Kilka osób spojrzało na nas, kolejny cel Christiana – pewnie to chodziło im po głowie. I dobrze myśleli mimo wszystko dziewczyna mnie fascynowała.
- Ja… - próbowała coś powiedzieć, a ja dalej jej nie puszczałem, Erin patrzyła nieśmiało na osoby które mówiły coś jednak ich wzrok był skupiony na nas. Uśmiechnąłem się i złapałem ją za dłoń ciągnąc w miejsce gdzie nikt raczej nie powinien przebywać.
- Więc księżniczko jak się spało? Pozbierałaś wszystkie rzeczy? Musiałem coś załatwić w związku z Carterem więc nie mogłem ci pomóc ale wiem, że ta sytuacja się już nie powtórzy. Nic nie będą robić mojej księżniczce – powiedziałem z uśmiechem, a ta stała niepewnie w drzwiach jakby była tu tylko by wysłuchać co mam do powiedzenia.
- Dzień dobry księżniczko. Jak się spało? – zapytałem i odsłoniłem jej oczy. Kilka osób spojrzało na nas, kolejny cel Christiana – pewnie to chodziło im po głowie. I dobrze myśleli mimo wszystko dziewczyna mnie fascynowała.
- Ja… - próbowała coś powiedzieć, a ja dalej jej nie puszczałem, Erin patrzyła nieśmiało na osoby które mówiły coś jednak ich wzrok był skupiony na nas. Uśmiechnąłem się i złapałem ją za dłoń ciągnąc w miejsce gdzie nikt raczej nie powinien przebywać.
- Więc księżniczko jak się spało? Pozbierałaś wszystkie rzeczy? Musiałem coś załatwić w związku z Carterem więc nie mogłem ci pomóc ale wiem, że ta sytuacja się już nie powtórzy. Nic nie będą robić mojej księżniczce – powiedziałem z uśmiechem, a ta stała niepewnie w drzwiach jakby była tu tylko by wysłuchać co mam do powiedzenia.
Erin?
Od Katfrin CD Beck'a
Zatrzymałam się by wziąć oddech, którego mi zabrakło.
Przećwiczyłam już dziś wszystko i mogłam iść spokojnie do swojego pokoju jednak
nie zrobiłam tego. Darkling był obok mnie i wypatrywał wszystkiego jakby ktoś
jeszcze tutaj był. Nie zdziwiłoby mnie to, spokojnym krokiem ruszyłam w
kierunku zamku. Po przez wczorajsze rany, które zrobiłam postanowiłam i dziś
nie iść na lekcje. Miałam niezmierną ochotę odebrać komuś życie. Zmusiłam się
do uspokojenia nerwów i postanowiłam iść tylko na chwilę do pokoju z którego
zabrałam bat. Schowałam go pod bluzką i najzwyczajniej w świecie znów weszłam w
ciemny już las. Uwielbiałam go tą porą, nikt tutaj nie wchodził, zbyt dużo osób
bało się, że zostaną przyłapania czy może zgubienia w lesie, a może samego
lasu? Nie wiem… ja mogłam wejść do tego lasu w każdą porę i czułam się jak w nim
jak w domu… zresztą można nazwać go moim domem, przybywam w nim częściej niż w
zamku . Noc była jeszcze młoda, a ja już miałam na oku swoją małą zdobyć którą
miałam upolować z Darklingiem. Oczywiście to on wszystko zje gdyż ja nie
chciałam myśleć nawet, że mogę zjeść mięso. Jeleń w zakazanym lesie wzbudził
zdziwienie ale i instynkt Darklinga który już czaił się na zwierzę. Wyjęłam
ostrożnie bat ale nim to zrobiłam usłyszałam za sobą kroki. Odwróciłam się i
szybko powaliłam chłopaka na ziemię batem owiniętym wokół jego nóg. Jeleń
uciekł a ja przeklinałam mężczyznę którym okazał się Beck.
- Nie polecam się do mnie skradać – powiedziałam i
pociągnęłam za bat przez co chłopa obrócił się kilka razy, przejechałam dłonią
po skórze bata zrobionej przez ojca, skóra była ludzka, a to ją dostarczyłam .
Uśmiechnęłam się lekko na wspomnienie miny ojca pytającego się skąd to mam.
- Zapamiętam – odpowiedział, a ja otrząsnęłam się ze
wspomnienia. Chłopak wstał, a ja spostrzegłam zakrwawiony bandaż na jego
nadgarstku.
- "Ojej... nie radze sobie z problemami, potnę się
przecież to takie fajne" – cytowałam jego wczorajsze słowa, a on spojrzał
na swoje nogi.
- Myślisz, że chciałem? – zapytał jednak po chwili i ze
złością spojrzał w moje oczy. Zaprzeczyłam ruchem głowy, myślał, że się go
bałam? Czy może był zły na siebie? Nawet gdyby to ja trzymałam bat, to za mną
stal Darkling, to ja uczyłam się boksu i to ja miałam przewagę.
- Nie, uważam, że nie powinieneś już się ciąć, to
uzależnienie a ty boisz się opinii innych – powiedziałam i odwróciłam się do
niego chcąc odejść, ten jednak złapał mnie za nadgarstek i odwrócił do siebie
chcąc zadać pytanie. Jednak ja odezwałam się pierwsza:
- Nie dotykaj mnie – powiedziałam wrogo patrząc mu w oczy i
męcząc się z żądzą wykręcenia mu ręki, chęci dania mu poczuć, że życie to nie
bajka, że powinien swoje pielęgnować a nie zaśmiecać. Puścił moją dłoń, a ja
się rozluźniłam.
- Mówisz, że ja się boje opinii, może to i prawda ale czemu
tu się jej nie boisz? – zapytał, a ja westchnęłam i spojrzałam na Darklinga
który podszedł do nas i patrzył na Becka z wrogim nastawieniem. Pogłaskałam go
i znów skierowałam wzrok na chłopaka.
- Nie miałeś takiego życia jak ja. Nie jesteś taki jak ja,
ja po prostu nie przejmuje się opinią innych, mam to w dupie – wzruszyłam ramionami
– ty byś tak nie umiał.
- Czemu? – zapytał, a ja prychnęłam.
- Nie boisz się tylko opinni onnych ale i samotnośc, chcesz
mieć wokół jak najwięcej ludzi, jest typem dupa który ru*ha każdą, lamie serduszka
i jest z siebie dumny. Niedostępny jakby miał jakieś tajemnice życiowe, a wiesz
co jest najlepsze? Chcesz by nikt o tobie nic nie wiedział, jednak sam
sprawiasz iż osoby cię odkrywają, wystarczy popatrzeć z boku i zobaczyć jaki
jesteś. Uwielbiający towarzystwo, mogący oddać życie za przyjaciół… za
przyjaciół przed którymi boi się powiedzieć, że się tnie, że tego spróbował.
Wiesz co jest najlepsze… mimo wszystko osoby które się tną są silne, mają na to
siłę, mają siłę unieść cholerną żyletkę
i zrobić nacięcie sprawiające ból. Ty to zrobiłeś, a boisz się opinii P R Z Y J
A C I Ó Ł, za których możesz oddać życie. To śmieszne… - rzekłam, a słowo
przyjaciół przeliterowałam z naciskiem na litery. Odwróciłam się i rozwinęłam
bat który nieświadomie w czasie tej jakże pięknej przemowy zwinęłam. Czujecie
ten sarkazm? Pięknej… nic nie jest piękne, życie jest do dupy.
- Takich przyjaciół nie chce mieć nikt prócz ciebie, za
bardzo się boisz – powiedziałam jeszcze nim zniknęłam za zasłoną krzaków i
drzew.
Beck? Wybacz, że tak długo ale moja wena jest do dupy :c
czwartek, 4 sierpnia 2016
Od Xavier'a CD Erin
Ogarniała mnie wszechobecna nuda. Postanowiłem więc odwiedzić Erin, która 4 dni temu miała wypadek. Bywałem u niej codziennie, ale dotychczas spała. Ciekawe czy teraz się obudziła. Wyszedłem z pokoju i skierowałem się do szkolnego "szpitala". Otworzyłem powoli drzwi. Nawet jeśli odzyskała przytomność pewnie śpi. Poza tym inni śpią. Gdy wszedłem do pomieszczenia, zdziwiłem się. Erin siedziała na łóżku.
- To ty - powiedziała cicho.
- Tak, jak widać to ja - powiedziałem zdobywając się na uśmiech.
- Ile leżałam? - zapytała obojętnie.
- Cztery - odpowiedziałem.
Przez twarz dziewczyny przemknął wyraz zdziwienia, ale szybko zniknął.
- Aha - odrzekła.
- No to ja już zostawię cię w spokoju, musisz być yyy... Zmęczona - wymyśliłem na poczekaniu, widząc, że dziewczyna ma mnie trochę dość.
Odwróciłem się szybko i skierowałem w stronę drzwi.
<Erin?>
- To ty - powiedziała cicho.
- Tak, jak widać to ja - powiedziałem zdobywając się na uśmiech.
- Ile leżałam? - zapytała obojętnie.
- Cztery - odpowiedziałem.
Przez twarz dziewczyny przemknął wyraz zdziwienia, ale szybko zniknął.
- Aha - odrzekła.
- No to ja już zostawię cię w spokoju, musisz być yyy... Zmęczona - wymyśliłem na poczekaniu, widząc, że dziewczyna ma mnie trochę dość.
Odwróciłem się szybko i skierowałem w stronę drzwi.
<Erin?>
Od Beck'a CD Madeleine
A to suka. Co ja jej do kurwy zrobiłem, że przyprowadziła ten cały gang.
No, to nie skończy się dobrze. Czterej chłopaków na sterydach na dodatek starszych ode mnie chcą mi wpierdolić za głupie pudełko papierosów. Zajebiście.
Jeden z nich zaczął zmierzać w moją stronę, to był chyba chłopak tej dziewczyny co na mnie na kablowała. Przynajmniej to wywnioskowałem z ich zachowania.
Zaraz za tym pierwszym zaczęli iść kolejni, zacząłem się nieco cofać.
- Czerech na jednego? Macie honor - powiedziałem sarkazmem.
John zaśmiał się. (słyszałem o nim, ale nie jestem pewny czy tak się nazywał).
- Chłopaki, on ma rację. Sam to załatwię - powiedział ściągając bluzę i podwijając długie rękawy swojej bluzki, pokazując mięśnie, i zaciskając pięści.
Tak to ja mogę walczyć. Na pewno mam większe szanse niż z czterema. Nie cofałem się już przednim, wręcz przeciwnie, zacząłem do niego podchodzić. Obok nas ustawili się pozostali. Ludzie z zespołu i osiłki Johna, otaczając nas.
Chciałem zadać pierwszy cios ale John szybko zrobił unik schylając się i z tej pozycji walną mnie pięścią w brzuch. Tak mocno, że aż odepchnął mnie w stronę jego kolegów, którzy zaśmiali się łapiąc mnie i popychając z powrotem w jego kierunku. Poczułem ciecz na ustach, otarłem ją dłonią. To był mały strumyk krwi. Rzuciłem się z powrotem w jego stronę, jednak on zablokował mój cios jedną ręką, a drugą wymierzył mi cios w nos, który również zaczął krwawić. Tym razem jednak się nie cofnąłem i od razu przystąpiłem do ataku. Kopnąłem go w brzuch, ten pod wpływem bólu ugiął się tak, że jego twarz znajdywała się nieopodal mojego kolana i jak tu nie skorzystać z takiej sytuacji? Zatem dokańczając, kopnąłem go w twarz. Trafiłem najmocniej w oko, które zaczęło robić się sine. Uśmiechnąłem się zadowolony, miałem coraz większą nadzieję, że z tego wyrwę. Jednak John zdenerwowany, że w ogóle dałem radę go dotknąć, cofnął się do swoich kumpli mówiąc:
- Nie żyjesz smarku.
Jeden z nich podał mu nóż i zaczął wracać na arenę.
- Co to ma znaczyć?! Miała być czysta walka! - zacząłem, przyznam nieco spanikowany.
- Ta? Nie słyszałem żebyśmy obmawiali zasady walki - uśmiechnął się szyderczo i wymierzył mi cios w brzuch, który zasłoniłem ręką, którą przebił. Ugiąłem się i zacząłem ściskać słoń w miejscu krwawienia. Ten jednak nie zamierzał czekać i zamachnął się po raz kolejny, wbijając mi nóż w udo. Jednak nie zbyt głęboko, bo szybko odskoczyłem.
Płacz nad ranami podczas walki nie wiele da. Muszę walczyć dalej. Puściłem krwawiące miejsca, wziąłem wdech i czekałem skoncentrowany na jego kolejne ciosy. Nie musiałem długo czekać. Lada moment był przy mnie gotowy mnie zabić. Jednak ja kopnąłem go w rękę, w której trzymał nóż, który wypadł i wylądował aż pod stopami dziewczyny. Ten chciał najwyraźniej po niego wrócić. Jednak je wiedząc, że jeśli to mu się uda, to już nie żyje. Zrobiłem coś tak haniebnego i słabego, że aż mi wstyd o tym później mówić. Najzwyczajniej kopnąłem go poniżej pasa.
Ten z bólu uklęk, nie dziwie mu się. Każdy by się ugiął pod tym "zakazanym ciosem". Kiedy taki klęczał postanowiłem go dobić i z pół obrotu kopnąłem go w twarz sprawiając, że ten się przewrócił, ściskając rękami za krocze.
- Ku*wa! Co to miało być?! - darł się w niebo głosy.
- Nie słyszałem żebyśmy obmawiali zasady walki - powiedziałem uśmiechnięty szyderczo.
Jego koledzy mieli ochotę się na mnie rzucić, wtedy to bym już naprawdę nie żył, ale powiedziałem:
- Była umowa. Walczą dwie osoby. Pokonałem go. Chcecie stracić honor dupki?
Zapadła cisza. Uśmiechnąłem się i powiedziałem:
- Tak myślałem.
Wyciągnąłem zwinięte wcześniej pudełko papierosów i zapaliłem jednego. John dalej leżał na ziemi. Zaśmiałem się cicho. Po czym rzuciłem niedopałkę obok jego twarzy i przydeptałem. Czułem się jak zwycięzca, nie ważne jak to zrobiłem byłem zwycięzcą. On też nie grał czysto, no bo proszę, używanie noża do walki wręcz?
<Madeleine?>
No, to nie skończy się dobrze. Czterej chłopaków na sterydach na dodatek starszych ode mnie chcą mi wpierdolić za głupie pudełko papierosów. Zajebiście.
Jeden z nich zaczął zmierzać w moją stronę, to był chyba chłopak tej dziewczyny co na mnie na kablowała. Przynajmniej to wywnioskowałem z ich zachowania.
Zaraz za tym pierwszym zaczęli iść kolejni, zacząłem się nieco cofać.
- Czerech na jednego? Macie honor - powiedziałem sarkazmem.
John zaśmiał się. (słyszałem o nim, ale nie jestem pewny czy tak się nazywał).
- Chłopaki, on ma rację. Sam to załatwię - powiedział ściągając bluzę i podwijając długie rękawy swojej bluzki, pokazując mięśnie, i zaciskając pięści.
Tak to ja mogę walczyć. Na pewno mam większe szanse niż z czterema. Nie cofałem się już przednim, wręcz przeciwnie, zacząłem do niego podchodzić. Obok nas ustawili się pozostali. Ludzie z zespołu i osiłki Johna, otaczając nas.
Chciałem zadać pierwszy cios ale John szybko zrobił unik schylając się i z tej pozycji walną mnie pięścią w brzuch. Tak mocno, że aż odepchnął mnie w stronę jego kolegów, którzy zaśmiali się łapiąc mnie i popychając z powrotem w jego kierunku. Poczułem ciecz na ustach, otarłem ją dłonią. To był mały strumyk krwi. Rzuciłem się z powrotem w jego stronę, jednak on zablokował mój cios jedną ręką, a drugą wymierzył mi cios w nos, który również zaczął krwawić. Tym razem jednak się nie cofnąłem i od razu przystąpiłem do ataku. Kopnąłem go w brzuch, ten pod wpływem bólu ugiął się tak, że jego twarz znajdywała się nieopodal mojego kolana i jak tu nie skorzystać z takiej sytuacji? Zatem dokańczając, kopnąłem go w twarz. Trafiłem najmocniej w oko, które zaczęło robić się sine. Uśmiechnąłem się zadowolony, miałem coraz większą nadzieję, że z tego wyrwę. Jednak John zdenerwowany, że w ogóle dałem radę go dotknąć, cofnął się do swoich kumpli mówiąc:
- Nie żyjesz smarku.
Jeden z nich podał mu nóż i zaczął wracać na arenę.
- Co to ma znaczyć?! Miała być czysta walka! - zacząłem, przyznam nieco spanikowany.
- Ta? Nie słyszałem żebyśmy obmawiali zasady walki - uśmiechnął się szyderczo i wymierzył mi cios w brzuch, który zasłoniłem ręką, którą przebił. Ugiąłem się i zacząłem ściskać słoń w miejscu krwawienia. Ten jednak nie zamierzał czekać i zamachnął się po raz kolejny, wbijając mi nóż w udo. Jednak nie zbyt głęboko, bo szybko odskoczyłem.
Płacz nad ranami podczas walki nie wiele da. Muszę walczyć dalej. Puściłem krwawiące miejsca, wziąłem wdech i czekałem skoncentrowany na jego kolejne ciosy. Nie musiałem długo czekać. Lada moment był przy mnie gotowy mnie zabić. Jednak ja kopnąłem go w rękę, w której trzymał nóż, który wypadł i wylądował aż pod stopami dziewczyny. Ten chciał najwyraźniej po niego wrócić. Jednak je wiedząc, że jeśli to mu się uda, to już nie żyje. Zrobiłem coś tak haniebnego i słabego, że aż mi wstyd o tym później mówić. Najzwyczajniej kopnąłem go poniżej pasa.
Ten z bólu uklęk, nie dziwie mu się. Każdy by się ugiął pod tym "zakazanym ciosem". Kiedy taki klęczał postanowiłem go dobić i z pół obrotu kopnąłem go w twarz sprawiając, że ten się przewrócił, ściskając rękami za krocze.
- Ku*wa! Co to miało być?! - darł się w niebo głosy.
- Nie słyszałem żebyśmy obmawiali zasady walki - powiedziałem uśmiechnięty szyderczo.
Jego koledzy mieli ochotę się na mnie rzucić, wtedy to bym już naprawdę nie żył, ale powiedziałem:
- Była umowa. Walczą dwie osoby. Pokonałem go. Chcecie stracić honor dupki?
Zapadła cisza. Uśmiechnąłem się i powiedziałem:
- Tak myślałem.
Wyciągnąłem zwinięte wcześniej pudełko papierosów i zapaliłem jednego. John dalej leżał na ziemi. Zaśmiałem się cicho. Po czym rzuciłem niedopałkę obok jego twarzy i przydeptałem. Czułem się jak zwycięzca, nie ważne jak to zrobiłem byłem zwycięzcą. On też nie grał czysto, no bo proszę, używanie noża do walki wręcz?
<Madeleine?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Szablon
Szablon ten jest autorstwa Jill ze strony Zaczarowane Szablony. Przepraszam, że nie wpisałem się na listę pobierających jednak nie mogłem jej nigdzie znaleźć. Jeżeli przeszkadza ci to, że użyłem twojego szablonu to szczerze przepraszam i mogę go zmienić.
Link do bloga Zaczarowane Szablony
Popularne posty
-
Imię i Nazwisko: Christian Salvadore Pseudonim: Chris Płeć: Mężczyzna Wiek: 19 lat Rok: 7 rok (nie zdał po przez ćpanie) Data Urodzenia...
-
Imię i Nazwisko: Co do tego, to przy narodzinach dziewczyny był mały problem. Jej rodzice jak i dziadkowie nie mogli się zdecydować jak j...
-
Imię i Nazwisko: Chłopak ten posiada ogólnie rzecz biorąc dwa imiona. Nathan i Alex. Jednak z racji, że niezbyt je lubił kazał się do siebie...
-
Imię i Nazwisko: Erin Hirata Pseudonim: Nie ma, nazywaj ją jak chcesz. Płeć: Kobieta Wiek: 14 lat Rok: 4 rok Data Urodzenia: 19 lut...
-
Imię i Nazwisko: Dziewczę to nosi jakże szlachetne imię, Debbra. Jej nazwisko jest równie szlachetne, a brzmi ono Cadwallader. Pseudonimy: ...